Schronisko PTTK na Hali Krupowej w Beskidzie Żywieckim

      Zdaniem wielu uczestników, ten marszon był trudniejszy od poprzednich. Wprawdzie "oficjalna" długość trasy wynosiła 75 km, więc tylko nieznacznie przekraczała dystans wcześniejszych marszonów, lecz tym razem wyruszaliśmy ze schroniska na Turbaczu. Każdy z nas musiał zatem pokonać około 10 dodatkowych kilometrów dojścia na start. A ponieważ nikt nie nocował na Turbaczu, więc w rzeczywistości, trasa marszonu liczyła około 85 km, przy łącznej sumie podejść wynoszącej 3000 oraz zejść - 2550 metrów. Pokonanie tego dystansu zajęło nam 28 godzin, przy czym najsilniejsi szli ponad... 31 godzin! Lecz po kolei.

      Marszon zaczyna się załamaniem pogody. Chociaż na trasie, przelotna mżawka pojawi się tylko raz, około północy, lecz na Turbacz wchodzimy w strugach deszczu. W efekcie część z nas, startuje ze schroniska w mokrych butach i kurtkach. Nota bene: pech anonsuje swój udział w marszonie już w autobusie na Kowaniec, gdy MarekPiotr płacą mandat za brak biletu na bagaż.

      Do schroniska na Turbaczu przychodzę trzy godziny przed startem. Czeka tu już około 30 osób. Otwieram "biuro". Każdy dostaje "Kartę Uczestnika Marszonu" oraz szczegółowy opis trasy przygotowany przez Irka. Szczególne oblężenie przeżywam na godzinę przed rozpoczęciem marszonu. W sumie zapisuję 81 osób. To niewiele, biorąc pod uwagę, że przestałem przyjmować zgłoszenia gdy lista chętnych osiągnęła pułap 130 nazwisk. Część uprzedziła mnie o rezygnacji jeszcze przed startem, a dużą część zapewne zniechęciła pogoda. Kolejnych sześć osób dołączy do nas po drodze, a zatem łączna liczba uczestników czwartego marszonu wynosi 87.

      Pech nie pozwala o sobie zapomnieć. Liczyłem bowiem na łączność radiową pomiędzy czołem marszonu, a "zamkiem", gdyż w górach telefony komórkowe bywają zawodne. Okazało się jednak, że krótkofalówka Daniela odmówiła współpracy, natomiast walkie - talkie Krzysztofa ma zbyt mały zasięg. Poza tym, odbieram dwa telefony od zmotoryzowanych uczestników marszonu. Obaj mają kłopoty z samochodami. Pierwszy z nich wycofuje swój akces, natomiast MichałRafał decydują się dogonić nas na trasie. Chwilę przed startem wychodzimy przed schronisko licząc na pamiątkowe zdjęcie. Dostaję kilkanaście aparatów, lecz - z powodu gęstej mgły - efekt tej sesji fotograficznej jest mizerny. Wracamy jeszcze do środka na krótką "odprawę" i o godz.18.55 - czyli pięć minut przed "oficjalnym" startem - wyruszamy w drogę. A ściślej: wyrusza cały marszon, z wyjątkiem Oli i mnie. Zostajemy w schronisku ponad kwadrans dłużej, czekając na ewentualnych "spóźnialskich", lecz nikt już nie przychodzi.

      Noc zapada szybko, wychodzimy w późny zmrok. Chwilę później dzwoni Józek, właśnie zbliża się do schroniska i prosi o wskazanie dalszej drogi. Mówię, że idąc czerwonym szlakiem dogoni nas niebawem. Po blisko godzinie, już mocno zaniepokojony Józek, dzwoni ponownie. Okazało się, że owszem, skręcił na czerwony szlak, lecz poszedł w przeciwnym kierunku. Ustalamy, że wróci do schroniska na Turbaczu i dołączy do goniącej nas dwójki. Niestety, nie spotykają się i nazajutrz Józek wraca do domu. A my z Olą, cały etap do schroniska na Starych Wierchach pokonujemy samotnie. Dopiero tam udaje nam się doścignąć marszon. Najszybsi są tu już od godziny, lecz chociaż narzekają trochę na zbyt długi postój, to jednak nikt nie narusza harmonogramu. Tym bardziej, że dla osób, które przyszły na Turbacz tuż przed startem, jest to pierwszy odpoczynek.

      Ze schroniska na Starych Wierchach wychodzimy o godz. 21.20. Jak zwykle na odcinku nocnym, idziemy zwartym szykiem. Prowadzi SebastianKuba, a Ola i ja zamykamy stawkę. Rozciągamy się jednak na odcinku wystarczająco długim, by jedna z grup zgubiła szlak. Dołączą do nas w bacówce na Maciejowej, tuż przed wyjściem na kolejny etap. Przerwa na Maciejowej trwa blisko pół godziny. Wpisuję na listę uczestników RafałaTomka, którzy nie mogli wystartować z Turbacza. Rozmawiam też z mieszkańcem Rabki, który przyszedł tu specjalnie po to, by spotkać się z nami i wspólnie zejść na dół.

      Tuż po północy jesteśmy w Rabce. Dołączają tu do nas MonikaTomek. Po krótkim odpoczynku wyruszamy w stronę Zarytego. Idziemy niebieskim szlakiem, który na tym odcinku jest wyjątkowo słabo oznakowany. Nie na darmo jednak, przed kilkoma tygodniami, przeszliśmy z Olą całą trasę marszonu. Nie reagujemy więc, widząc jak cała nasza ekipa schodzi ze szlaku, bo wiemy już, że idąc tędy, za chwilę wszyscy wrócą na trasę, nie wiedząc nawet o chwilowym pomyleniu drogi. Aliści w następnym newralgicznym punkcie, "czołówka" definitywnie gubi szlak, a my, idąc na końcu nie możemy zapobiec podzieleniu grupy. Dzwonię do prowadzącego. Uzgadniamy, że jego ekipa zejdzie do Zarytego na przełaj. O wpół do drugiej znów jesteśmy w komplecie.

      Tu pech przypomina, że nadal jest z nami. Agnieszce płynie krew z nosa. Interweniuje Daniel - ratownik medyczny. Krwawienie ustępuje bardzo powoli. Agnieszka musi zrezygnować z udziału w marszonie. Zostaje z nią Ania oraz Marek, PiotrRafał. W pobliżu jest duży dom wczasowy oraz kilka pensjonatów. Umawiamy się, że chłopcy pomogą poszukać noclegu i dołączą do nas w schronisku na Luboniu Wielkim. Jednak gdy krwawienie mija, Agnieszka postanawia ruszyć dalej. Chłopcy zabierają jej plecak i chwilę po nas, cała piątka melduje się w schronisku. Niemal w tej samej chwili przychodzi na Luboń MichałRafałem, goniący nas od Turbacza.

      Postój w schronisku na Luboniu Wielkim trwa półtorej godziny. Dość, aby każdy mógł coś zjeść i trochę odpocząć. Wszak idziemy już od ośmiu godzin. Jest zimno i wietrznie, a mała jadalnia nie mieści wszystkich, więc gospodarz otwiera nam domek letni. Oblegamy wszystkie dostępne pomieszczenia, a kilku "desperatów" śpi na zewnątrz, w śpiworach zapiętych po uszy. Z udziału w marszonie rezygnuje tu aż dwanaście osób: Agnieszka - poszkodowana w Zarytem, Basia z odparzonymi stopami, Tomek - z kontuzją ścięgna i inni. W dalszą drogę nie wyrusza stąd też Ania, śpiąca smacznie w kącie schroniska. Obudzi się za dwie godziny, by dogonić nas w Jordanowie.

      O godz. 4.45 opuszczamy gościnne progi schroniska na Luboniu Wielkim. Tu po raz pierwszy na trasie sprawdzam obecność. Nasze szeregi stopniały już wyraźnie. Dzwoni do mnie Piotr, który ze schroniska musiał wyruszyć nieco wcześniej. Ostrzega, że zejście na Przełęcz Glisne jest bardzo śliskie. Nie przesadza. Chwilę później Andrzej wywraca się tak niefortunnie, że wybija sobie bark. Maciek - ratownik GOPR - dzwoni do centrali. Uzgadnia, iż wróci z Andrzejem do schroniska, gdzie po poszkodowanego przyjedzie samochód. Do dyspozycji Maćka zostają też PiotrPrzemek. To właśnie ta wspomniana na wstępie silna trójka, dotarła na metę marszonu blisko cztery godziny po słabszych. Tyle dodatkowego wysiłku przeznaczyli na pomoc Andrzejowi. Chapeau bas!

      Rozwidnia się tuż przed Przełęczą Glisne. Tu wycofuje się Rafał, wyczerpany "pościgiem" z Turbacza. Wchodzę na Szczebel mocno przygnębiony wypadkiem sprzed dwóch godzin. Gdzieś w okolicach Małej Góry mijam biwakującą czołówkę marszonu, przekonaną, że to już szczyt. Są tacy zadowoleni, że aż żal wyprowadzać ich z błędu. Odbieram telefon: GosiaPiotr rezygnują z udziału w marszonie. Schodzimy zielonym szlakiem. Cieszę się, że omijamy karkołomną ścieżkę, którą prowadzą czarne znaki.

      Przychodzimy do Lubnia po wpół do dziewiątej. Ze schroniska na Turbaczu wyszliśmy przed blisko czternastoma godzinami. Na Halę Krupową zostało nam jeszcze dwanaście godzin marszu. Licząc czas przejścia minęliśmy już zatem połowę drogi, lecz licząc kilometry, połowa trasy jest jeszcze przed nami. Pokonany odcinek był zarazem trudniejszy od czekającego nas - bo bardziej górzysty oraz nocny, i równocześnie łatwiejszy, bo zmęczenie i senność nie dokuczały jeszcze zbyt wyraźnie. Jesteśmy właśnie w najniższym punkcie naszej trasy - 350 m n. p. m. Za sobą mamy już wyjście na Turbacz (1310 m), zejście do Zarytego (480 m), Luboń Wielki (1022 m), Przełęcz Glisne (630 m) oraz Szczebel (976 m). Przed nami dwa większe podejścia: stąd na Zembalową (ponad 500 metrów różnicy wzniesień) oraz z Sidziny na Halę Krupową (ponad 600 metrów deniwelacji). Przed nami też długie zejście z Zembalowej do Jordanowa (ponad 400 metrów w pionie). A to wszystko na odcinku długości 40 km. W Lubniu zatrzymujemy się na dłużej, korzystając z otwartych sklepów spożywczych. Tutaj też żegnamy Natalię, Iwonę oraz Kubę.

      Wspinamy się powoli. Chmury ustępują miejsca słońcu. Jest ciepło i przyjemnie. Sielanka nie trwa długo. Ktoś idący z przodu niszczy gniazdo os. Owadów jest niewiele, lecz atakują z furią. Są wściekłe. Żółtoczarne błyskawice nie dają nam żadnych szans. Żądlą bez uprzedzenia, bez chwili wahania, szybciej niż możemy je w ogóle zauważyć. Na szczęście nasza grupa jest tak duża, że ukąszenia rozkładają się w miarę równomiernie na wszystkich. Nikt nie został szczególnie pogryziony. OlaWitek dostali po trzy "strzały", lecz nie są uczuleni na jad os, więc czują się dobrze. W gorszym stanie jest Monika. Wprawdzie została "trafiona" tylko raz lecz użądlone miejsce jest mocno zaczerwienione, bardzo boli i szybko puchnie. Do akcji wkracza Sebastian, który w czeluściach plecakach ma nawet wapno i Fenistil. Nikomu nie żałuje maści, lecz jest trochę niesprawiedliwy. Chłopcom wręcza tubkę, a dziewczyny smaruje sam... ;)

      Idąc z Zembalowej do Jordanowa nie zatrzymujemy się w ogóle. Za to przerwa obiadowa w Jordanowie trwa trzy kwadranse. Oblegamy rynek i okoliczne knajpki, a po całym miasteczku krążą na sygnale dwa wozy strażackie. Cóż, nie przypuszczałem, że wyglądamy aż tak podejrzanie... ;) Dzwoni Andrzej - poszkodowany na zejściu z Lubonia - wrócił właśnie do domu. Zaglądam na pocztę, bo automat telefoniczny zainstalowano tam obok ławki, tak, że można rozmawiać na siedząco. To istotny atut, gdyż wyraźnie czuję w nogach minione kilometry. Akurat kończę rozmowę, gdy wychodzące z zaplecza urzędniczki informują, że czas zamknąć pocztę - jest sobota, godzina 14.30. Opuszczając z Jordanowa ponownie sprawdzam obecność. Idzie wciąż 65 osób, przy czym trójka z Lubonia oraz dwóch Jurków - za nami.

      Na krótkim odcinku między Górą Ludwiki, a Targoszówką wędrujemy szlakiem trzeciego marszonu. To malownicza droga z Babią Górą w tle. Tuż za węzłem szlaków, niebieskie znaki znikają definitywnie. Tutaj, podczas przedmarszonowego rekonesansu pytałem miejscowych o drogę, dlatego wiem, że szlak prowadzi wąską miedzą pomiędzy polami ziemniaków. Niebawem jednak z tej niewidocznej ścieżki skręcamy na kamienistą drogę, a z niej na asfalt, którego nie opuścimy przez najbliższe siedem kilometrów.

      Przedłużamy postój pod sklepem w Sołtystwie, gdyż część z nas jest już okrutnie zmęczona. Od Jordanowa, czyli blisko trzy godziny, idziemy bowiem bez przerwy, by przed zmrokiem pokonać jak największy fragment podejścia na Halę Krupową. Wbrew planom, zatrzymujemy się też w Bińkówce. Zbieramy siły przed ostatnim etapem marszonu. Prowadzę po raz pierwszy raz od startu na Turbaczu. Aby nie rozproszyć grupy, dyktuję tempo bardzo umiarkowane. Nikt nie protestuje. Zmrok zapada w połowie drogi. To już druga noc na trasie marszonu.

      O godz. 20.30 jesteśmy na Hali Krupowej. Przed nami jeszcze kwadrans marszu do schroniska, które wbrew nazwie, stoi na Hali Kucałowej. Proszę o ostatni, krótki postój, by zewrzeć szyk, lecz razem z Olą, bez zatrzymywania idziemy do schroniska, chcąc przygotować "biuro" do kwaterowania uczestników marszonu. Za kwadrans dziewiąta wchodzimy do schroniska. Z tyłu, pięć minut za nami migocze w ciemnościach rząd światełek. Czwarty marszon dobiega (dochodzi) końca. Spośród 87 osób uczestniczących w tej imprezie, całą trasę pokonało 60.

      Atmosfera w schronisku jest doskonała. Wprawdzie łóżek nie starczyło dla wszystkich i część z nas będzie nocować na materacach lub karimatach, lecz po takim wysiłku każde miejsce wydaje się idealne do spania. Na piętrze stoi (a ściślej: siedzi) kolejka pod prysznic, w jadalni ustawia się ogonek czekających na bezpłatny posiłek, który wraz z noclegiem ufundowała nam Spółka "Karpaty". Do rozlosowania mamy też sporo nagród rzeczowych. Losuje Ola, a "Specjalna Komisja" patrzy jej na ręce. Wynik jest niezwykle sprawiedliwy - upominki trafiają do większości "zasłużonych". Wygrywają chłopcy, którzy pomogli Agnieszce po drodze z Zarytego oraz cała trójka uczestnicząca w akcji na Luboniu. Oni jednak wciąż jeszcze są w drodze. A część laureatów śpi snem kamiennym. Znajdą prezenty rano.

      Tuż po północy przychodzą Maciek, PrzemekPiotr. Nareszcie jesteśmy w komplecie. Mogę spokojnie usiąść przy stole z kubkiem gorącej herbaty i kawałkiem czekolady. Schronisko jest już tak ciche, że tylko pryzma zabłoconych butów w przedsionku świadczy o naszej obecnoś i przypomina o drodze, którą razem przeszliśmy. To był piękny szlak.

Całą trasę czwartego marszonu pokonali:

Witold Bator, Piotr Cejrowski, Jerzy Chanyszkiewicz, Zbigniew Cieœlak, Ryszard Derylak, Karolina Dumańska, Oskar Filipowicz, Tomasz Frankowski, Agnieszka Gomola, Danuta Gregulska, Jakub Gurdek, Jan Gurdek, Weronika Gurdek, Paweł Jabłoński, Elżbieta Jarniewicz, Danuta Kisiała, Jerzy Kisiała, Piotr Kluska, Wioletta Kłobuch, Jan Korlatowicz, Krzysztof Kowal, Karolina Kowalcze, Mateusz Kowalcze, Szymon Kowalczyk, Michał Krotofil, Rafał Kuziel, Piotr Kwitowski, Marcin Lubojański, Magdalena Łyko, Elżbieta Mezglewska, Magdalena Mędrek, Agnieszka Niewczas, Maciej Ogrodowicz, Marek Oszajca, Krzysztof Paja, Marek Pierzchała, Zbigniew Piotrowski, Tomasz Piszczek, Piotr Popiołek, Aleksandra Ptak, Daniel Sieniawski, Mateusz Sikora, Jacek Skwarek, Roman Smólka, Marzena Sobawa, Jerzy Sokulski, Jarosław Stajnder, Janusz Stelmasiak, Kuba Terakowski, Wojciech Turek, Kamil Twardawa, Sebastian Wach, Jan Widlarz, Kazimierz Wojtas, Joanna Wójcik, Przemysław Wróbel, Dominik Zajšc, Ireneusz Zielony, Marek Zięba, Jakub Zimmer.


























































Kuba Terakowski



Sponsorzy nagród:


Powrót na stronę główną